czwartek, 12 czerwca 2014

Bridget Jones come back

Istnieją tacy bohaterowie literaccy, z którymi czytelnicy nie chcą się rozstawać. W związku z tym często w odpowiedzi na popularność postaci, z jednej zaplanowanej początkowo przez autora książki, robi się w efekcie końcowym kilka tomów. Myślę, że właśnie z powodu naszego irracjonalnego przywiązania do kogoś, kto nigdy nie istniał (oraz chęci zysku, rzecz jasna), powstała trzecia część przygód Bridget Jones autorstwa Helen Fielding „Bridget Jones. Szalejąc za facetem”.

W życiu głównej bohaterki wiele się zmieniło. Akcja rozpoczyna się prawie 5 lat po śmieci Marka (tak jest, niezastąpiony obrońca praw człowieka, Mark Darcy, nie żyje…). Zastajemy Bridget z dwójką małych dzieci, kilkunastoma zbędnymi kilogramami i totalnym zerem nowych facetów, czy też w ogóle perspektyw na posiadanie jakiegokolwiek towarzysza. Ale od czego są przyjaciele – po motywującej rozmowie przy lampce (raczej galonie) wina, Bridget bierze się za siebie, zrzuca zbędne kilogramy i zgłębia świat stron dla singli oraz portali społecznościowych. Jak się wkrótce okazuje ze sporymi sukcesami…

Mimo wielu życiowych zawirowań Bridget dalej jest tą samą nie do końca poważną fanką poradników, która codziennie zapisuje jaki jest stan jej kilogramów/facetów/kalorii/… I nadal jest urocza. Osobiście nie interesują mnie, czy książka ta została napisana dla kasy, czy dla fanów B.J. – cieszę się, że powstała. Jest w niej dużo humoru i pozytywnej energii. Polecam na chandrę i nie tylko.

wtorek, 27 maja 2014

Dobrze mieć listę

Zaczął się czas lepszej pogody a co za tym idzie wysiadywania na ogródku, działce, nad jeziorkiem, itd. Ani się obejrzymy, jak zaczną się długo wyczekiwane urlopy. Jak wiadomo najlepszy odpoczynek to odpoczynek z książką i dla tych, którzy myślą podobnie, mam krótką listę propozycji czytelniczych z gatunku moich ulubionych, czyli opowiadających o różnych nadprzyrodzonych istotach. Nie są to najbardziej ambitne lektury, ale nie oszukujmy się - mało kto bierze na urlop „Wojnę i pokój”. Z drugiej strony dużo czasu wolnego pozwala
przeczytać więcej, więc w propozycjach znajdą się głównie kilkutomowe cykle.

1. Anna Rice, „Kroniki wampirów” – 10 nie najcieńszych pozycji, dobrze napisane, dla bardziej wymagających i bardziej wytrwałych;
2. Charlaine Harris, „Southern vampire series” – nieźle napisane, również dla wytrwałych (13 części cyklu, niestety poziom nie został utrzymany do końca…);
3. Melissa de la Cruz „Błękitnokrwiści” – 6 tomów o upadłych aniołach, które teraz są wampirami, dla amatorów historii miłosnych dziejących się wśród przedwcześnie dojrzałych nastolatków;
4. Cassandra Clare „Dary anioła”, „Diabelskie maszyny” – pierwszy tytuł to 6 książek o potomkach aniołów w wersji współczesnej, kolejny tytuł to 3 książki o tym samym w wersji z XIX wieku, wciągające;
5. Charlaine Harris, „Cykl Harper Connelly” – o kobiecie, która od porażenia przez piorun nawiązuje kontakt z nieboszczykami, 4 tomy do przeczytania w 4 dni;
6. Laurell K. Hamilton, „Cykl Merry Gentry” – o księżniczce rodu wróżek, która zbiegła z dworu, gdyż jej ciotka chce ją zabić, średnia fabuła + trochę erotyki, 4 części.
7. Laurell K. Hamilton, „Cykl Anita Blake” – o pogromczyni wampirów, która trochę za bardzo lubi wampiry jak na ich zabójcę (moja opinia ;) ), absolutny rekord ilości tomów: 25, po polsku wydano 9, ja dotrwałam do 5, jak ktoś przeczyta więcej niech da znać czy warto kontynuować;
8. Richelle Mead, „Cykl o Georginie Kincaid” – 6 książek o sukubie i jej równie interesujących znajomych – demonach i innych, dobrze się czyta.
9. J.R.Rain, „Cykl Samantha Moon” – o wampirze-prywatnym detektywie, która w 6 lat po niechcianej przemianie nadal stara się prowadzić „ludzkie” życie.
10. Lauren Kate, „Upadli” – 5 tomów o upadłym aniele i jego ziemskiej ukochanej, którym stoi na przeszkodzie fakt, że on żyje wiecznie, a ona młodo umiera (wielokrotnie).

Powodzenia w czytelniczym maratonie!

sobota, 19 kwietnia 2014

Morderstwo w Orient Expressie

Moja lista powieści kryminalnych do przeczytania jeszcze się nie skończyła, aczkolwiek sukcesywnie skreślam z niej kolejne pozycje. Ostatnią z odhaczonych jest książka autorstwa Agaty Christie „Morderstwo w Orient Expressie”.

Autorki nikomu przedstawiać nie trzeba, tak samo jak głównego bohatera jej powieści, Herculesa Poirot. Tym razem detektyw wracając z jednej zakończonej misji, nieoczekiwanie trafia na kolejną sprawę do rozwiązania. Podczas podróży Orient Ekspressem zgłasza się do niego jeden z pasażerów, amerykański milioner, Samuel Ratchett. Otrzymuje on od jakiegoś czasu anonimowe listy z pogróżkami i prosi detektywa, aby odkrył, kto jest ich autorem. Poirot, mimo wysokiego honorarium proponowanego przez Ratchetta, odmawia podjęcia się tej sprawy. 

Następnego ranka Amerykanin zostaje znaleziony martwy w swoim przedziale. Narzędziem zbrodni bez wątpienia był sztylet, a sprawca znajduje się w wagonie, w którym ofiara podróżowała, gdyż drzwi do innych części pociągu pozostały zamknięte. Tym samym detektyw ma 12 podejrzanych, których przesłuchuje po kolei, a którzy z pozoru niewinni, ukrywają niesamowitą historię.

„Morderstwo…” to jedna z najbardziej znanych książek Agaty Christie przede wszystkim ze względu na swoje zakończenie (którego ujawniać nie będę – nie chcę psuć efektu). Jest to dobrze napisana powieść, z wyrazistymi postaciami, którą czyta się bardzo szybko. Główny bohater, mimo, że odrobinę introwertyczny, szybko zdobywa sympatię czytelnika. Powieść polecam, a sama chętnie sięgnę po inne pozycje autorstwa Agaty Christie.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Kobieta-wojownik w literaturze

Bez zbędnego komentarza, wszystkim, którzy w miarę radzą sobie z angielskim, polecam artykuł w The New York Times, o braku obecności kobiety-żołnierza w literaturze. Przy okazji artykuł dostarcza wielu innych tematów do rozmyślań.

"Male soldiers’ experiences make up the foundation of art and literature: From “The Odyssey” to “The Things They Carried,” the heroic or tragic protagonist’s face is familiar, timeless and, without exception, male. The story of men in combat is taught globally, examined broadly, celebrated and vilified in fiction, exploited by either side of the aisle in politics.
For women it’s a different story, one in which they are more often cast as victims, wives, nurses; anything but soldiers who see battle. In the rare war narratives where women do appear, the focus is generally on military sexual assault, a terrible epidemic of violence that needs to be revealed and ended, but not something that represents the full experience of women in the military."


wtorek, 25 marca 2014

Miasteczko Salem

Czytając książki nie lubię się za bardzo bać. Wystarczy delikatny dreszczyk emocji wywołany pościgiem lub sceną walki, czy z innej strony np. psychologiczną grą mordercy z ofiarą. Dlatego już lata temu odrzuciłam typowe horrory. Jednak istnieją książki wywołujące podskórne mrowienie, nie na tyle duże aby spać przy zapalonym świetle, ale wystarczające aby poczuć grozę sytuacji. Jedną z nich jest „Miasteczko Salem” Stephena Kinga.

Pisarz Ben Mears powraca do miasteczka, w którym spędził, jego zdaniem, najlepsze lata swojego dzieciństwa. Oficjalne nazwane Jeruzalem, jednak równie często zwane Salem, miasto to od lat żyje ustalonym rytmem. W historii Salem miały miejsce jedynie dwa wydarzenia przerywające codzienną monotonię. Jednym z nich był pożar, a drugim morderstwo i samobójstwo w domu Marstenów. I to właśnie ten dom najbardziej interesuje Bena, który ma związane z nim swoje własne, mroczne wspomnienia. Ben chce go wynająć, jednak ubiegają do dwaj mężczyźni, którzy kupują nieruchomość. Po pewnym czasie w dziwnych okolicznościach zaczynają umierać miejscowi ludzie…

W dobie powieści o miłych i asymilujących się z ludźmi wampirach, dobrze jest przypomnieć sobie, że kiedyś w literaturze te stworzenia były inaczej przedstawiane. Warto zapoznać się z ich inną, mroczniejszą i bezwzględną stroną. To właśnie daje nam King. Przy okazji, jeżeli tak jak ja nie czytaliście jeszcze kilkunastu książek tego autora i nie znacie jego stylu, możecie się przekonać, że King to urodzony pisarz. „Miasteczko Salem” to jego druga powieść, a jednak napisana bardzo dobrze. Piszę „jednak” ponieważ sam autor powiedział kiedyś, że na początku jego warsztat pisarski nie był najlepszy.

Polecam więc i „Miasteczko Salem” i generalnie twórczość tego autora. Polecam wam a przede wszystkim samej sobie, ponieważ dopiero przekonuje się do Stephena Kinga i mam zamiar nadrobić zaległości :)

niedziela, 2 marca 2014

Dzień Szakala

Gdyby ktoś mnie zapytał jakiś czas temu, czy lubię powieści sensacyjno-kryminalne, z całą stanowczością powiedziałabym, że nieszczególnie. Jednak w ostatnim czasie przeczytałam dwie książki, które zmieniły moje zdanie o tym nurcie. Jedną z nich, wartą szczególnej uwagi, jest wydany w 1971 roku „Dzień Szakala” Fredericka Forsytha.

„Akcja powieści rozgrywa się we Francji w latach 1963–1964. Grupa zamachowców z OAS po kolejnym nieudanym zamachu na prezydenta Charles'a de Gaulle'a postanawia wynająć zawodowego zabójcę, by ten ostatecznie zlikwidował prezydenta. Zabójcą tym jest Anglik posługujący się pseudonimem "Szakal" (z franc. Chacal). Informacja o możliwym zamachu dociera do francuskiej policji, do schwytania zabójcy zostaje wyznaczony komisarz Claude Lebel.”[1]

Co jest ciekawe w tej powieści, to fakt, że od początku wiemy, iż nie doszło do planowanego zamachu. Autor daje również do zrozumienia, że tożsamość wynajętego zamachowca nie została nigdy ustalona. Pokazany jest cały cykl planowania i przygotowywania akcji: zdobycie fałszywych dokumentów, broni, wybranie miejsca; poznajemy również szczegóły akcji policyjnej – pracę oficerów śledczych oraz przygotowywanie obławy na zamachowca. Przez szczegółowe rozpisanie wszystkich etapów pracy - zarówno zamachowca jak i organów ścigania - mamy wrażenie prawdziwości całej akcji. Do tego kilka faktów historycznych, parę istniejących w rzeczywistości osób i wychodzi realny obraz zamachu na prezydenta Francji.

Akcja trzyma czytelnika w napięciu od początku do końca. Ilość przewidzianych rozwiązań, w jaki sposób może potoczyć się próba zamachu oraz jakim torem idzie policyjne myślenie, wskazuje na wielką błyskotliwość autora. Książkę czyta się bardziej jak reportaż w oparach kryminału niż stricte powieść kryminalną. Literatura na światowym poziomie.

wtorek, 11 lutego 2014

Young-adult fiction

Chciałam na jakiś czas odejść od lektur, które niewiele wnoszą do życia poza chwilą rozrywki, ale skoro taka literatura jest ciągle na topie, to jednak będzie coś w tym temacie. Ostatnimi czasy sięgnęłam po dwa cykle „dla młodzieży”, które poniżej krótko przedstawię.

Pierwszym z nich jest trylogia „Niezgodna” Veroniki Roth. Książka jest porównywana do „Igrzysk śmierci”, jednak moim zdaniem nie do końca słusznie. Chicago, niedaleka przyszłość. Ludzie żyją podzieleni na pięć frakcji: Prawość, Altruizm, Nieustraszoność, Serdeczność i Erudycję. Można urodzić się w jednej frakcji, jednak mając szesnaście lat wybrać inną. Aby jak najlepiej wybrać frakcję (zostaje się w niej do końca życia) przeprowadzany jest test, który pokazuje gdzie dana osoba nadaje się najlepiej. To właśnie po tym teście rozpoczynają się kłopoty głównej bohaterki, Tris, która okazuje się być niezgodna – posiada cechy wielu frakcji. Tym samym staje się niebezpiecznym elementem z pozoru idealnie funkcjonującego systemu.

Książka ta nie wciąga czytelnika aż tak jak wspomniane już „Igrzyska…”, jednak czyta się ją szybko. Pomysł bardzo fajny, wykonanie przeciętne, ale można to wybaczyć, ponieważ jest to debiut pisarski autorki. Po pierwszych dwóch częściach z chęcią dowiem się, jak zakończy się historia Tris.

Druga rozpoczęta przeze mnie seria to „Upadli” autorstwa Lauren Kate. W pierwszej książce cyklu poznajemy główną bohaterkę, Luce Price, która właśnie trafiła do szkoły o zaostrzonym rygorze (coś jak lepszy poprawczak). Dziewczyna trafia tam, ponieważ miał miejsce wypadek – chłopak, z którym się spotykała zginął (dosłownie zajął się ogniem) a policja podejrzewa, że Luce ma z tym jakiś związek. W nowej szkole poznaje Daniela Grigoriego, który od początku wydaje jej się kimś znajomym. W ten sposób zaczyna się historia miłosna, która jednak okazuje się mieć długą historię w przeszłości, gdyż Luce jest kolejnym wcieleniem dziewczyny, w której wieki wcześniej zakochał się upadły anioł – Daniel.

Historia byłaby wciągająca, gdyby nie fakt, że przez całą pierwszą część tego cyklu miałam wrażenie, że dalej nie wiem o co chodzi. Dopiero w drugiej części wszystko składa się w spójną historię. Trzeci tom jak na razie wydał mi się najciekawszy, a kolejne dwa czekają w kolejce do przeczytania. Jeżeli więc początek miałby was zniechęcić pamiętajcie, że dalej jest tylko lepiej ;)

Jak widać literatura typu „young-adult fiction” jest w rozkwicie i mamy w czym wybierać. Dla osób, które potrzebują chwili oderwania od codzienności, nie angażując przy tym myślenia, polecam obie serie.

czwartek, 30 stycznia 2014

Ojciec chrzestny

Akcja „Ojca chrzestnego” rozgrywa się w ciągu pierwszego dziesięciolecia po II wojnie światowej, w Nowym Jorku. Miastem rządzi pięć rodzin mafijnych, a każda z nich ma odrębną działalność – dzięki temu żyją we względnym pokoju. Rodzina Corleone, na czele z charyzmatycznym Don Vito, oficjalnie utrzymuje się z importu włoskiej oliwy, jednak tak naprawdę zarządza hazardem. Dzięki swojemu przywódcy, rodzina ta jest najbardziej poważana w mieście. Don Vito to człowiek mądry i powściągliwy, z wielką intuicją. Wiele osób zwraca się do niego o pomoc, a on prawie nigdy nie odmawia. W zamian prosi jedynie o przysługę, którą wykorzysta w przyszłości.

Krótko po ślubie swojej jedynej córki Connie, Don Vito zostaje postrzelony, a jego rodzina musi zdecydować, kto w czasach kryzysu przejmie dowodzenie. Od początku wiadomo, że nie będzie to średni syn, Freddie, gdyż pozostaje w szoku po strzelaninie. W grę wchodzi jeszcze najstarszy syn Sonny, który jednak jest zbyt porywczy, oraz Michael, który chce odciąć się od rodziny i nie zamierza iść w ślady ojca. W wyniku nieostrożnych działań Sonny’ego dochodzi do wojny między rodzinami, i nieoczekiwanie to Michael okazuje się być najlepszym następcą swojego ojca.

„Ojciec chrzestny” to książka niezwykła - dla każdego może ona opowiadać o czymś innym. Dla jednych to po prostu książka o mafii, jej hierarchii i działalności. Dla innych to opowieść o wartościach: o miłości, przyjaźni, rodzinie, lojalności. Bo może to być książka zarówno o złych jak i dobrych rzeczach. Widać tu walkę między siłą charakteru a siłą mięśni, którą zdecydowanie wygrywa ta pierwsza. Trup ściele się gęsto, ale umierają tylko ci nielojalni, którzy zdradzili rodzinę i wyznawane przez nią wartości. Z drugiej strony – czy jest wytłumaczenie dla zabójstwa?

Dla mnie to książka pełna sprzeczności. Z jednej strony nie można określić Vita Corleone mianem złego człowieka, z drugiej strony ciężko go usprawiedliwiać. Wiemy, że mafia to zła organizacja, ale czytając tę książkę ciężko nie zazdrościć jej członkom tego wsparcia, które mają na co dzień. I tak można by bez końca. Czyta się bardzo dobrze i na pewno powieść ta zasługuje na bycie w zestawieniu najlepszych powieści kryminalnych wszechczasów. Stawiano jednak zarzuty, że Mario Puzo wybielił i przeintelektualizował obraz mafii. Dla porównania można przeczytać książkę Nicholasa Pileggi „Chłopcy z ferajny”, która uważana jest za wierniejszy jej obraz. Polecam obie.

czwartek, 16 stycznia 2014

2013 - podsumowanie

Jako, że rok 2013 już minął, można pokusić się o pewne jego podsumowanie. A skoro mam tu pisać o książkach, będzie to podsumowanie czytelnicze. Otóż tak:

- Łącznie przeczytałam 95 książek (fanfary),
- Największą grupę - 44 - stanowią pozycje z zakresu fantastyki (mimo, że liczba kojarzy się raczej z klasyką ;) ),
- Z kanonu literatury, pozycji ważnych i uznanych, przeczytałam 20 książek,
- Najwięcej lektur przetrawiłam w listopadzie, bo aż 11 (ach, słodkie bezrobocie),
- Udało mi się zakończyć dwa dobrze znane cykle: Harry’ego Pottera (no nie powiem, trochę to trwało…) oraz Southern Vampire Mysteries.

Kilka uwag ogólnych:

- Na pewno nie zawiodłam się na książkach już uznanych przez świat za warte przeczytania. Przeminęło z wiatrem, Wielkie nadzieje, Wojna i pokój – zrobiły na mnie wrażenie, i na pewno długo pozostaną w mojej pamięci;
- Po latach przekonałam się do Andrzeja Sapkowskiego i będę sukcesywnie przerabiać sagę o Wiedźminie;
Nadal czytam dużo o wampirach, głównie w książkach przeznaczonych dla młodzieży - i nie wstydzę się tego!

Na co czekam w 2014 roku:

- Żeby George Martin szybciej machał piórem (albo klikał na klawiaturze) i skończył VI część Sagi lodu i ognia;
- Na Miasto niebiańskiego ognia Cassandry Clare, czyli VI część cyklu Dary Anioła (premiera w maju);
- Na trochę zbędnych pieniędzy, aby zakupić kolejne części Kronik wampirów Anne Rice – mimo przejścia w fazę e-booków nadal mam ambicję posiadać je wszystkie u siebie na półce.

Mam nadzieję, że w tym roku przeczytam jeszcze więcej jeszcze lepszych książek, czego i wam życzę. No i zaglądajcie tu czasem :)

środa, 15 stycznia 2014

Nocarz

Kiedy bierzemy do ręki książkę, napisaną przez wojskowego lekarza z talentem pisarskim, możemy być pewni, że będzie ciekawa. Jeżeli do tego jest to fantastyka, a akcja rozgrywa się wśród polskich służb specjalnych, już jest intrygującą. A teraz wyobraźcie sobie, że ten pisarz to kobieta! I tak właśnie otrzymujemy książkę Magdaleny Kozak zatytułowaną „Nocarz”.

Główny bohater, Jerzy Arlecki, rozpoczyna służbę w ABW. Zamiast jednak być polskim Bondem, jego zadanie polega na siedzeniu w biurze i wyszukiwaniu wszelkich możliwych (bezsensownych jego zdaniem) informacji o wampirach. Po jakimś czasie ma w końcu okazję uczestniczyć w akcji, podczas której umiera… i rodzi się jako Vesper. Od tej chwili jest wampirzym członkiem specjalnej komórki ABW – Nocarzy, która tropi tzw. Renegatów. Renegaci w przeciwieństwie do „dobrych” wampirów nie piją sztucznej krwi tylko ludzką i nie podoba im się narzucony porządek. W końcu dochodzi do starcia między grupami, a Vesper przestaje być pewien, że nie mógłby zdradzić Nocarzy…

Nigdy nie przepadałam za umieszczaniem wampirów w polskiej rzeczywistości - jakoś mi to nie pasowało. Jednak w książce Magdaleny Kozak w ogóle mi to nie przeszkadza.  Wątek wampiryzmu jest równoważony przez wątek militarny, przez co nie ma się wrażenia, że jest to kolejna historia, która ma udowodnić, jakie to wampiry są miłe  i sympatyczne (mam wrażenie, że te złe już wymierają w literaturze). Można się trochę zniechęcić początkiem, jednak później akcja rozwija się szybko i wciąga.

Książka jest dobrze napisana, czyta się szybko i przyjemnie. Na pewno sięgnę po kolejną część. Cieszy mnie, że w Polsce nie tylko panowie piszą fantastykę, a wręcz niektórzy mogliby brać przykład, że lepiej iść w jakość, a nie w ilość (jak czytacie polską fantastykę to wiecie do kogo piję). Polecam nie tylko fanom wampirów.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Inferno

Dla odmiany chciałabym napisać parę słów o książce, po którą sama bym nie sięgnęła, ale tak się zdarzyło, że dostałam ją w prezencie. A jak książka już jest, to czemu jej nie przeczytać? Tym sposobem moją ostatnią lekturą było „Inferno” Dana Browna. Autora nikomu przedstawiać nie trzeba. Twórca poczytnych książek z Robertem Langdonem w roli głównej jest znany nie tylko jako pisarz ale również jako muzyk, autor takich numerów jak „Happy frogs” czy „Suzuki elephants” (mniej znana ścieżka jego kariery, zainteresowanych odsyłam do anglojęzycznego wpisu o ww. na Wikipedii).

Fabuła powieści skonstruowana jest wokół kolejnej zagadki, którą ma rozwiązać profesor Langdon. Problem polega na tym, że budzi się on w szpitalu, nie pamiętając ostatnich dwóch dni, które najwyraźniej miały kluczowe znaczenie, aby dowiedzieć się jak i dlaczego znajduje się we Florencji zamiast u siebie w mieszkaniu. W toku rozwijającej się akcji czytelnik dowiaduje się, że Langdon została zaangażowany przez WHO aby znaleźć miejsce, w którym szalony naukowiec prawdopodobnie umieścił wirusa zagrażającego całej ludzkości. Drogę do tego miejsca znaleźć może tylko ten, kto świetnie zna treść „Boskiej komedii” Dantego, gdyż właśnie to dzieło prowadziło owego naukowca w jego chorej próbie zmiany świata.

W teorii mamy wszystkie elementy dobrej książki: wyrazistą główną postać, piękną pomocnicę, intrygę obudowaną wokół postaci niespełna rozumu geniusza oraz arcydzieła literatury, a także realne problemy współczesnego świata oraz mnóstwo ciekawych (prawdziwych) informacji o europejskich (i nie tylko) zabytkach. W praktyce jest gorzej. Gdyby odjąć opisy wszystkich miejsc, w których znajdują się bohaterowie, wszystkich obrazów, pomników i ulic, z prawie 600 stron pewnie zostałaby połowa. Jeżeli chciałabym zapoznać się z zabytkami Italii, to przeczytałabym przewodnik turystyczny, a nie powieść. Przez opisywanie każdego kamienia akcja bardzo traci na wartkości. Na początku książka wciąga, potem ma się raczej wrażenie taplania w mule. Do tego skonstruowana jest intryga w intrydze, a taka akcja musi być bardzo dobrze utkana, żeby czytelnik czuł się zaintrygowany, a nie oszukany. Ja poczułam się oszukana.

Reasumując: fani Dana Browna będą zadowoleni, cała reszta – niekoniecznie. Czas przy lekturze leci szybko, ale wrażenie (jeżeli w ogóle jest) nie pozostaje na długo. Plusem jest sam temat podjęty przez autora, który może dać początek głębszym przemyśleniom o zagrożeniach współczesnego świata. Nie można również zapomnieć o „Boskiej komedii” wielokrotnie przytaczanej, chociaż osoby, które po lekturze „Inferna” będą chciały przeczytać dzieło Dantego, mogą szybko się zniechęcić – to nie to samo co rozrywkowa literatura XXI wieku.

niedziela, 29 grudnia 2013

Jane Eyre

Istnieją takie nazwiska, z którymi mamy już gotowe skojarzenia, zwłaszcza jeżeli chodzi o uznanych w świecie literatów. Jednym z tych nazwisk jest na pewno Brontë. Moje pierwsze zetknięcie się z tym nazwiskiem miało miejsce przy czytaniu „Wichrowych wzgórz” i nie było dla mnie zbyt satysfakcjonujące. Jednak czego nie dokonała Emily, udało się jej siostrze Charlotte.

„Dziwne losy Jane Eyre” (dlaczego w polskim tytule dodano owe „dziwne losy” pozostaje dla mnie zagadką) to wydana w 1847 roku modelowa powieść wiktoriańska. Książka opowiada historię sieroty wychowanej bez miłości przez ciotkę, która ostatecznie pozbywa się jej gdy ta ma 10 lat, wysyłając ją do zakładu w Lowood. Tam Jane kształci się i zostaje nauczycielką. W wieku 18 lat trafia do domu pana Rochestera, gdzie ma uczyć małą Adelkę – wychowankę pana domu. I kiedy wreszcie wydaje się, że jej życie wychodzi na drogę szczęścia (zostaje narzeczoną Rochestera), los znowu wystawia ją na próbę.

Jane Eyre dołącza do plejady XIX-wiecznych bohaterek literackich, których brak wpływu na własne życie doprowadza mnie do szewskiej pasji. Rzeczy dzieją się jakby bez udziału ich woli, bez możliwości ukształtowania swojego życia w sposób je zadowalający. To zawsze decyzje osób trzecich sprawiają, że wybierają tę lub inną drogę. Ilekroć czytam o takiej bohaterce, a w jej życiu akurat dzieje się źle, myślę sobie: jak możesz być taka układna, taka bezwolna? A potem, gdy jestem jeszcze bardziej wkurzona jej postawą: dobrze ci tak, bezwolna istoto, jak nie umiesz się postawić to cierp!

Jane jest jednak trochę fajniejsza od reszty jej literackich koleżanek i pod koniec można u niej zauważyć pewne wyrobienie się charakteru. Zaczyna kształtować swoją przyszłość, nie poddaje się i sama tworzy swoje szczęśliwe zakończenie. Może właśnie to sprawiło, że ta książka naprawdę mi się podobała i polecam ją każdemu, kto jeszcze nie przekonał się do angielskiej literatury XIX wieku.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Dramat Nory

Nie ma takiego momentu w życiu człowieka, kiedy mógłby powiedzieć: już się naczytałem klasyki, wielkich dzieł literatury, wystarczy – nazwano by go głupcem. Nie ma też takiej chwili, kiedy z całą szczerością mógłby uczynić wyznanie: przeczytałem już wszystkie wielkie dzieła literatury. Pomijając fakt, że wielkie dzieła nadal się ukazują (choć rzadziej niż kiedyś) to przede wszystkim w historii ludzkości napisano tak wiele wspaniałych książek, że nikomu nie starczy życia, aby je wszystkie przeczytać. Dlatego po raz kolejny zwracam się w kierunku pozycji uznanej przez świat za klasykę.

„Dom lalki” Henrika Ibsena to wydany w 1882 roku dramat w trzech aktach. Główną bohaterką jest Nora, żona adwokata Helmera i  matka dwójki dzieci. I to właśnie ją określa – bycie żoną i matką. Poza tym Nora jest tylko ozdobą domu, kolejnym pięknym bibelotem, który zgromadził jej mąż. On sam uważa ją za bezmyślną istotkę, którą można przejrzeć na wylot a która jedyne co robi naprawdę dobrze, to wydaje pieniądze. Jednak jego żona ma pewien sekret. Kilka lat wcześniej, aby ratować chorego męża, Nora pożyczyła dużą sumę pieniędzy. Od tego czasu utrzymywała, że pieniądze te dostała od swojego ojca (wie, że mąż nie wybaczy jej oszustwa), i żeby mąż się nie zorientował, spłacała dług oszczędzając na swoich wydatkach. Sprawa w końcu wychodzi na jaw, a między małżonkami dochodzi do decydującej rozmowy.

Powieść ta jest jednym z pierwszych literackich dzieł, których głównym tematem jest sprawa równości płci. Ibsen wyraźnie widział, że istnieją dwa rodzaje praw – osobne dla kobiet i osobne dla mężczyzn. Nie łączy się to jednak w jego przypadku z poparciem dla idei socjalizmu, która w tamtych czasach mogła wydawać się jedynym wytłumaczeniem tej dziwnej dla większości społeczeństwa idei równości.

Ibsen bardzo dobrze opisywał ludzkie rozterki. „Dom lalki” czyta się bardzo szybko, jednak wrażenie pozostaje przez długi czas. Opisując kilka dni z życia rodziny pokazał narastające napięcie, które w efekcie prowadzi do swego rodzaju katharsis w kontaktach między małżonkami. Stanowczo jest to pozycja z górnej półki.

czwartek, 5 grudnia 2013

Niebezpieczne związki

Lubię czytać książki, które coś znaczyły w epoce, w której je napisano. Jedną z nich jest na pewno dzieło autorstwa Pierre’a Choderlosa de Laclosa „Niebezpieczne związki”. Powieść ta, wydana w 1782, wzbudziła ogromne kontrowersje. Od początku spowijała ją aura skandalu obyczajowego, aż w końcu została uznana za niemoralną. Z dzisiejszej perspektywy może się to wydawać śmieszne, jednak w tamtych czasach to był pewnego rodzaju przełom.

W książce przedstawiona jest intryga, jaką przygotowuje piękna markiza de Merteuil, aby zemścić się na mężczyźnie, który przedłożył nad jej wdzięki świeżość i niewinność wychowanego w klasztorze dziewczęcia. Namawia swojego dawnego kochanka, wicehrabiego de Valmont, aby uwiódł ową pannę - Cecylię de Volanges. Pragnie, aby młody małżonek znalazł w swoim łożu zamiast zawstydzonej dziewicy wyrafinowaną libertynkę. Valmont początkowo odmawia, gdyż nudzi go perspektywa łatwej zdobyczy, tym bardziej, że zafascynowany jest niedostępną pięknością - prezydentową de Tourvel.[1] Jednak po jakimś czasie zaczyna brać udział w grze, której stawką jest spędzenie nocy z markizą.

Przed tą powieścią nikt nigdy tak otwarcie nie pisał o intymnych związkach między ludźmi, a już na pewno nie w takim tonie. Wicehrabia i markiza otwarcie rozmawiali ze sobą o seksie, a do tego oboje knuli seksualne intrygi. To, że robił to wicehrabia, to jeszcze pal licho, ale że z pozoru szanowana wdowa okazała się być wyuzdaną kokietką, która utrzymuje niezobowiązujące kontakty seksualne z każdym mężczyzną, z którym zechce – nie do pomyślenia.

Akcja, którą odczytujemy z listów wysyłanych między bohaterami książki, nie jest może zbyt wciągająca, ale ta książka ma wiele zalet. Przede wszystkim są to komentarze wicehrabiego, np.: Jeżeli miłość moja była równie wytrwała jak twoja cnota – a to mało powiedziane! – nic w tym dziwnego, że jedna wyzionęła ducha z drugą. To nie moja wina. Mimo faktu, że jest on szowinistyczną świnią, która nie liczy się z uczuciami kobiet, nie sposób go nie lubić. Wydaje się być biegły w intrygach, ale zagubiony w sprawach prawdziwej miłości, która w końcu i jego dotyka. Ogromnym plusem jest również język, jakim napisana jest książka: wyrafinowany lecz zrozumiały. W polskim przekładzie, oprócz autora, jest to również ogromna zasługa tłumacza: Tadeusza Boya-Żeleńskiego.

Na mnie osobiście powieść ta wywarła duże, pozytywne wrażenie. Napawałam się każdym zdaniem, każdym powiedzonkiem, ponieważ takiego stylu pisania już się niestety nie spotyka. Polecam wszystkim, dla których wartka akcja to nie jedyny wyznacznik dobrej książki.







[1] Parafraza opisu fabuły z Wikipedii – pomocne ustrojstwo.

niedziela, 10 marca 2013

Powieść drogi


Są takie książki, które można nazwać manifestem całego pokolenia. Jedną z nich jest z pewnością „W drodze” Jacka Kerouaca. Jest to powieść autobiograficzna, bazująca na spontanicznych podróżach autora po Stanach Zjednoczonych. Oczywiście nie podróżował sam, ale ze swoimi przyjaciółmi. Byli to m. in. Allen Ginsberg, Neal Cassady czy William S. Burroughs. Dzisiaj nazywa się ich przedstawicielami tzw. Beat Generation. Jest to zresztą określenie samego Kerouaca. Uważał, że było to pokolenie utraconej młodości (w skutek II wojny światowej i jej następstw), ludzi sponiewieranych i wypalonych a zarazem jedynych, którzy zachowali blask życia.

Książka jest kroniką kilku podróży po Stanach oraz podróży do Meksyku. Akcja dzieje się między 1947 a 1951 rokiem. W oryginale Kerouac nie zmienił nawet imion postaci, które w niej występują, jednak wydawca uważał, że będzie to brzmiało oszczerczo i ostatecznie je zmieniono. Mamy więc głównego bohatera, Sala Paradise, który wraz z Deanem Moriartym (Cassady), Carlo Marxem (Ginsberg), Starym Bykiem Lee (Burroughs) oraz innymi znajomymi, wiodą życie pośród jazzu, narkotyków i alkoholu. Wszyscy starają się pochwycić wartość życia. Szukają TEGO CZEGOŚ. Radości życia, miłości, spełnienia? Tylko oni to wiedzą. Wszyscy wydają się być w pewnym stopniu szaleni. W ich życiu nie ma żadnej stabilizacji - może poza przyjaźnią, którą żywią do siebie. Narkotyzują się, porzucają żony, żyją chwilą.

Nie wiem czy można rozpatrywać wartość tej książki w kategoriach dobra-zła. Jest ona przedstawieniem fragmentu amerykańskiego społeczeństwa w określonym czasie. Może nam się podobać lub nie, ale tak właśnie było. Kerouac pisał ją metodą „strumienia świadomości”, w oryginale nie było rozdziałów, tylko jeden długi akapit napisany na 76 metrach papieru. Nic dziwnego, że wydano go dopiero po 6 latach i to po kilku zmianach (za które osobiście jestem wdzięczna, nie wiem czy podołałabym spontanicznej prozie). Co do bohaterów - można odczuć pewną udrękę ich życia, ale mimo tego nie da się im współczuć, nie można ich tłumaczyć. Osobiście cały czas myślałam, że przydałby im się ktoś, kto postawiłby ich do pionu. Żyli najczęściej za cudze pieniądze, kradli i brali narkotyki, nie potrafili się angażować. Cóż, byli jacy byli, a Kerouac doskonale to oddał.

sobota, 23 lutego 2013

Matrix po rosyjsku


Wszyscy pamiętamy świat Matrixa, w którym ludzie żyją w rzeczywistości wykreowanej przez maszyny. Aby zacząć żyć w prawdziwym świecie trzeba zażyć tabletkę i odłączyć się od programu komputerowego. To była wersja soft, u Władimira Sorokina w powieści „Lód” jest wersja hard. W 1908 roku na Syberii miała miejsce katastrofa tunguska. Spowodowało ją 23 tysiące cząsteczek Światłości, które rozproszyły się, przeszły ewolucje i zamieniły w ludzi. Osoby będące owymi cząsteczkami to niebieskoocy blondyni, którzy jak cała ludzkość są uśpieni i nie wiedzą o swoim przeznaczeniu. Aby ich obudzić, trzeba dokonać rytuału uderzenia lodowym młotem w serce - serce przemówi i wypowie swoje prawdziwe imię. Dopiero wtedy wiadomo, że dany człowiek to na pewno cząstka Światłości. Ten kto nią nie jest umiera, ale to przecież konieczna ofiara. Gdy zostaną obudzone wszystkie cząstki, Ziemia przestanie istnieć, a Światłość odzyska swój pierwotny kształt.

Czego w tej książce nie ma! Jest idea nadczłowieka, i totalitaryzm, i światłość jako symbol pierwotnej mądrości i miłości, i oczywiście motyw snu – cała ludzkość jest uśpiona, nie żyją prawdziwym życiem, są tylko chodzącymi workami mięsa. Niestety jest tu coś jeszcze – ogromna ilość przekleństw oraz scen niemalże pornograficznych. Rozumiem chęć stworzenia odpowiedniego klimatu, ale moim zdaniem braki w fabule uzupełniane wulgaryzmami to pójście na łatwiznę. Dla mnie osobiście najbardziej pomysłowe w tej książce jest użycie katastrofy tunguskiej jako początku historii. Jest ona zdarzeniem prawdziwym, do dzisiaj niewyjaśnionym i klimatycznie bardzo pasuje do tej powieści.

Przed sięgnięciem po „Lód” czytałam wiele pochlebnych opinii na temat książki, jednak moje odczucia trochę się różnią - jestem raczej rozczarowana. Czyta się z zainteresowaniem, jednak niedociągnięcia w fabule raziły mnie równie mocno jak przekleństwa. Do tego brak tu dobrze nakreślonych bohaterów. Oprócz jednej kobiety, której życie poznajemy prawie w całości, cała reszta to tylko dane, jak w kartotece policyjnej: Jan K., 34 lata, blondyn, niebieskie oczy, dobrze zbudowany, itp. Mimo wszystko książka broni się jako dobra, postmodernistyczna powieść.

sobota, 16 lutego 2013

Książka idealna


Pierwszy raz zdarzyło mi się przeczytać powieść, która nie ma dla mnie żadnych minusów, żadnych negatywnych elementów. Po prostu wszystko mi się podoba. Tą książką jest „Zabić drozda” autorstwa Harper Lee. Sięgnęłam po nią, ponieważ tytuł ten jest znany i polecany przez wiele osób, ale obecnie rzadko już się o niej słyszy. Wynika to być może z faktu, że została wydana w 1960 i jest jedyną książką tej autorki. Nawet Nagroda Pulitzera nie zapewnia wiecznej sławy.

Akcja dzieje się w latach '30 XX wieku, w małym miasteczku w Alabamie. Głównymi bohaterami są dzieci i to z ich perspektywy widzimy świat. Kilkuletnia Jean Louise, zwana Smykiem, oraz jej starszy brat Jeremy (Jem) to dzieci adwokata Atticusa Fincha. W wakacje dołącza do nich Dill, który przyjeżdża na lato do ciotki mieszkającej niedaleko rodzeństwa. Razem usiłują wywabić z domu swojego sąsiada, którego od lat nikt nie widział. Plotki powtarzane przez okolicznych mieszkańców sprawiają, że dzieci uważają go za psychopatę, prawda okazuje się jednak zupełnie inna. Najważniejszą sytuacją przedstawioną w książce jest proces czarnoskórego Toma Robinsona, który został oskarżony o zgwałcenie białej dziewczyny. Atticus zostaje jego obrońcą z urzędu, jednak wierzy w niewinność Toma i angażuje się w jego obronę. Przez swoją postawę jest napiętnowany przez część mieszkańców miasteczka.

Smyk obserwuje mieszkańców miasta oraz swojego ojca, który zmaga się z uprzedzeniami sąsiadów. Analizuje i wyciąga wnioski, po raz pierwszy dotyka jej dobro i zło, które nie jest czymś oczywistym. Instynktownie wyczuwa, jak powinno być i obserwuje, że na świecie często jest na odwrót. Książka ta pełna jest oczywistych prawd, które jednak warto sobie uświadomić, powiedzieć na głos. Moim zdaniem jest to skarbnica wiedzy o życiu, nawet jeżeli całość wydaje się nieco naiwna, tak jak naiwne są dzieci.

Powieść jest w pewnym sensie autobiograficzna, ponieważ Harper Lee faktycznie mieszkała na południu Stanów, a jej ojciec był prawnikiem. Inspiracją dla postaci łobuzerskiego Dilla był Truman Capote, z którym Lee przyjaźniła się w dzieciństwie. Klimat lat '30, parnych letnich dni, a także klimat stosunków międzyludzkich w tamtych latach, jest oddany znakomicie. Można wręcz poczuć słońce oraz wścibskie spojrzenia sąsiadów na twarzy. Polecam!

sobota, 9 lutego 2013

Magia?


Zaintrygowana zwiastunem filmu opartego na książce, sięgnęłam ostatnio po „Piękne istoty” autorstwa dwóch pań: Kami Garcii i Margaret Stohl. Jest to kolejna powieść dla młodzieży, która biła rekordy sprzedaży (pierwsza dziesiątka Amazon.com w 2009 roku), i kolejna, która ma dobrze znany schemat. Ona i on, trochę wyobcowani, nieprzystający do rówieśników, zakochują się w sobie, a oprócz tego pojawiają się niezwykłe zjawiska (w tym przypadku magia). Mimo, że nie mogę jej z czystym sumieniem polecić, postanowiłam o niej napisać, gdyż w przypadku powodzenia filmu ruszy lawina zainteresowania książką.

Jest to histora Leny Duchaness, która pochodzi z rodu Obdarzonych. Każdy z jej rodziny w dniu szesnastych urodzin dowiaduje się, czy będzie służył białej czy czarnej magii. Nie mają wpływu na to, którą ścieżkę wybiorą. Lenę poznajemy, gdy do jej urodzin pozostaje 5 miesięcy. Akcja widziana jest oczyma drugiego głównego bohatera, Ethana. Jest on zwykłym nastolatkiem, mieszkającym w prowincjonalnym (fikcyjnym) miasteczku Gatlin. Od kilku miesięcy w jego snach pojawia się dziewczyna, którą w końcu spotyka na szkolnym korytarzu. Jest nią właśnie Lena. Dziewczyna zamieszkuje u swojego wujka Macona, który prawie nie wychodzi ze swojej rezydencji, przez co w mieście jest uważany za dziwaka.

Bohaterowie zakochują się w sobie i starają się znaleźć sposób, aby Lena w dniu swoich zbliżających się urodzin nie musiała przechodzić na stronę czarnej magii (dziewczyna jest przekonana, że to właśnie czarna magia jest jej przeznaczeniem). W tle przedstawiona jest dziwna sytuacja rodzinna Ethana (którego ojciec od śmierci swojej żony prawie nie wychodzi ze swojego pokoju, twierdząc, że pisze książkę, czego jednak nie robi) oraz sytuacja w szkole (w której grupa osób popularnych odrzuca Lenę, a później również jej chłopaka).

Jak wspomniałam wcześniej, dla mnie jest to pewien utarty schemat. Problemy nastolatków czy dziwne relacje rodzinne są w wielu książkach. Czarownice są ostatnio trochę mniej eksploatowane, dzięki czemu można uniknąć uczucia, że czytamy ciągle o tym samym. Do tego mam wrażenie, że występuje tu duża idealizacja postaci, które czytają poważne lektury i interesują się poezją, nie oglądają telewizji i nie grają w gry komputerowe. Trochę prawdopodobieństwa nadaje sytuacji fakt, że główny bohater ukrywa przed kolegami swoją czytelniczą pasję.

Generalnie książka nie jest zła, czyta się szybko, ale chyba zaczynam odczuwać przesyt młodzieżową literaturą amerykańską, która zagnieździła się na pewnym poziomie i nie czuje potrzeby podskoczyć wyżej. Po przeczytaniu połowy książki nadal nie mogłam się zdecydować, czy jest ona dobra czy zła. Jest chyba po prostu nijaka.

wtorek, 22 stycznia 2013

Kolejna wizja świata


Przez kilka ostatnich lat nie zdarzyło mi się trafić na książkę, od której nie mogłabym się oderwać. Stało się to jednak niedawno za sprawą „Igrzysk śmierci” Suzanne Collins. W jeden weekend przeczytałam całą trylogię, nie zważając na zaczerwienione spojówki i masę rzeczy, które trzeba było zrobić. O tej książce słyszałam od dawna, ale nie sięgałam po nią myśląc, że to kolejne czytadło dla młodzieży. Hasło reklamowe głosiło: „To lepsze niż Zmierzch”, o co chyba nietrudno, więc to średnia zachęta. W końcu jednak powieść została mi praktycznie dostarczona do rąk własnych, więc zaczęłam czytać i... zostałam pochłonięta.

Pozwolę sobie przytoczyć za Wikipedią: „Akcja rozgrywa się w nieokreślonej przyszłości, w totalitarnym państwie Panem powstałym na gruzach zniszczonych licznymi katastrofami Stanów Zjednoczonych. Państwo było podzielone na Kapitol, pełniący rolę stolicy, oraz 13 otaczających go dystryktów, istniejących w celu zaspokajania potrzeb mieszkańców Kapitolu. 74 lata przed rozpoczęciem akcji książki, dystrykty zbuntowały się przeciwko władzy i doprowadziły do wybuchu wojny domowej, nazywanej Mrocznymi Dniami. Władze krwawo stłumiły powstanie, a w celu zastraszenia obywateli całkowicie zniszczono Trzynasty Dystrykt. Na pamiątkę tych wydarzeń, co roku są organizowane Głodowe Igrzyska - krwawe zawody, na które każdy dystrykt ma obowiązek dostarczyć chłopaka i dziewczynę w wieku od 12 do 18 lat. Uczestnicy, nazywani trybutami, są zamykani na ogromnej arenie i zmuszani do walki na śmierć i życie. Nagrodą dla zwycięzcy jest luksusowy dom w Miasteczku Zwycięzców i ogromna, jak na warunki Dystryktu, pensja od państwa. Główną bohaterką powieści jest Katniss Everdeen, szesnastoletnia dziewczyna wywodząca się z najbiedniejszego i najbardziej dyskryminowanego Dwunastego Dystryktu. Kiedy jej młodsza siostra, Primrose, zostaje wylosowana do udziału w Igrzyskach, Katniss zgłasza się na ochotniczkę i zajmuje jej miejsce. Drugim trybutem zostaje Peeta Mellark, syn piekarza, który kilka lat wcześniej uratował ją przed śmiercią głodową. ”1

Zarówno „Igrzyska śmierci” jak i kolejne części: „W pierścieniu ognia” oraz „Kosogłos”, czyta się jednym tchem. Czytelnik cały czas utrzymywany jest w napięciu, nie ma nudnych momentów. Motyw Głodowych Igrzysk jest kontrowersyjny, zwłaszcza w czasach, gdy odchodzi się od przemocy. Tymczasem mieszkańcy Kapitolu oglądają Igrzyska jak wydarzenie sportowe, nie ma dyskusji na temat etyki tego przedsięwzięcia. Dzieci uczestniczą w krwawej jatce ku uciesze obywateli stolicy (której mieszkańcy jako jedyni nie biorą udziału w losowaniu). W trakcie czytania pierwszym odruchem jest oburzenie, a następnym myśl: czy mogłoby do tego dojść w rzeczywistości? Czy po globalnej wojnie ludzie pozbyli by się swoich zahamowań, czy nasza natura pozwoliłaby nam cieszyć się z nieszczęścia niewinnych, uczynić rozrywką cierpienie innych ludzi?

Ta książka jest zupełnie inna niż pozostałe, tak zwane, książki dla młodzieży. Jest tu akcja i romans, ale także sytuacja nad którą warto się zastanowić. Moim zdaniem niekoniecznie jest to pozycja dla bardzo młodego czytelnika. Ilość morderstw i przelanej krwi mogłaby zrazić co wrażliwsze jednostki. Jest jednak na pewno warta przeczytania przez wszystkich dorosłych.

P.S.: Nie oglądajcie filmu przed lekturą, a najlepiej nie oglądajcie wcale.


1http://pl.wikipedia.org/wiki/Igrzyska_%C5%9Bmierci

czwartek, 10 stycznia 2013

Lady Chatterley


Gdybym robiła listę najbardziej irytujących i denerwujących postaci fikcyjnych, bohaterka książki „Kochanek Lady Chatterley” byłaby w mojej finałowej dwójce (zaraz po Cathy z „Wichrowych wzgórz”). Konstancja Chatterley to młoda, angielska arystokratka. Jej mąż, Clifford walcząc na frontach I wojny światowej zostaje ranny i sparaliżowany od pasa w dół. Małżonkowie kochają się, mają podobne zainteresowania, dlatego Konstancja w ogóle nie bierze pod uwagę opuszczenia niepełnosprawnego męża. Jednak kalectwo mężczyzny zaczyna być zadrą w ich związku. Clifford rozumie, że jego żonie jest ciężko. Wie, że jest ona kobietą namiętną i pozwala jej znaleźć sobie innego mężczyznę. Konstancja wdaje się w romans z gajowym Parkinem i zachodzi z nim w ciążę.

Książka ta, autorstwa Davida Herberta Lawrence'a, została po raz pierwszy wydana w 1928 roku we Florencji, gdyż w wersji nieocenzurowanej nie mogła ukazać się w Wielkiej Brytanii. Wzbudziła ogromne poruszenie wśród czytelników. Lawrence nie tylko opisał romans wysoko postawionej arystokratki z gajowym, opisując sceny miłosne, ale też zilustrował społeczeństwo Anglii lat '20 XX wieku. Zestawił ze sobą arystokrację i robotników, dworek na wsi z górniczym miastem. Pokazał przepaść dzielącą te dwa środowiska oraz pojawienie się idei równości ludzi niezależnie od klasy.

Mimo niewątpliwie dobrego poziomu pisarstwa, nie mogę przekonać się do bohaterów tej powieści. Konstancja to pełna rozterek kobieta, która nie wie, czego chce, nie potrafi się na nic zdecydować. Nie chce opuszczać męża, mimo że zaczyna czuć do niego niechęć, nie chce związać się z Parkinem, ponieważ są z różnych światów i żadne z nich nie wyobraża sobie takiego związku. Clifford, na początku wydaje się być ideałem męża. Z biegiem czasu zaczyna być zazdrosny nawet nie o drugiego mężczyznę w życiu jego żony (bo jego istnienia nie jest pewien), ale o samą ideę, że jego żona może być z kimś innym – chociaż sam jej to podpowiedział. W dodatku pod wpływem angażowania się w sprawy kopalni zaczyna się zmieniać w człowieka żądnego wyłącznie zysku. Z kolei Parkin, mimo swojego szczerego uczucia do Konstancji, nie potrafi wznieść się ponad materialne sprawy. Nie godzi się na to, żeby kobieta go utrzymywała, kupiła dom lub farmę, na której mogli by razem mieszkać, chce się utrzymać z pracy swoich rąk. Z drugiej strony nie potrafi jej porzucić.

Myślę, że nie wrócę już do tej historii, ponieważ nic mnie tak nie denerwuje jak ludzie, którzy nie potrafią podejmować decyzji. Niemniej jednak polecam. Można dowiedzieć się czegoś interesującego o obyczajach i stosunkach międzyludzkich w Anglii lat '20 i poczuć atmosferę zmian społecznych jakie miały się wkrótce dokonać. A poza wszystkim – przecież to klasyka! :)